poniedziałek, 1 sierpnia 2016

drugi

Nie będę się tłumaczyła, że miałam jakiś ach trudny okres w życiu, bo w sumie to nie, ale no... mam kryzys blogowo-internetowy, kiedy mnie to kompletnie nie interesuje, ale tak się składa, że rozdziałów na tego blogaska mam jakiś taki tam zapas. No, to będę sobie je publikowała, mam nadzieję, nie co trzy miesiące. Niech chociaż ten blog nie jest martwy jak ja w środeczku. Ale wiedzcie, że ja czytam komcie, ale nie odpisuję, ale je aprobuję, jakbym nie aprobowała, to bym napisała "ić stond" i tyle, o. No, to pozdrówki, koniec tego bablania.

Moment, w którym pociąg opuścił już peron dziewięć i trzy czwarte, David przestał w końcu mechanicznie machać matce, mrucząc pod nosem „Merlinie”, a Imogen zasunęła stanowczo drzwi przedziału — porównać to można było do ucieczki z kotła prosto w miejsce chłodne i spokojne. Hitt na pustym siedzeniu obok okna postawiła terrarium, postukała palcem w jego szybkę i wydała z siebie coś, co brzmiało jak wyjątkowo żywiołowa reakcja na coś uroczego, a potem sama usiadła na wolnym miejscu i spojrzała wyczekująco na Scorpiusa.
Malfoy uniósł brwi i przeniósł wzrok na Davida, a kiedy ten również zaczął gapić się na niego tak, jakby oczekiwał wyjaśnienia, Scorpius miał ochotę stamtąd uciec. Trafił z deszczu pod rynnę, brakowało tylko wielkiej czerwonej strzałki na jego głową, krzyczącej niczym wyjec: „Scorpiusie Hyperionie Malfoyu, natychmiast wytłumacz się ze swoich win!”
— Scorp, nie udawaj idioty — westchnęła Imogen.
— Teraz nie udaję.
— Ty nigdy nie udajesz — odpowiedział mu natychmiast David.
Imogen niedyskretnie kopnęła kumpla w łydkę i zrobiła do niego wielkie oczy, w odpowiedzi dostała bezgłośne „no co?” W końcu David odwrócił się z powrotem w stronę Scorpiusa i powiedział:
— Dobra, nieważne. Co zrobiłeś? Polazłeś do sklepu Weasleyów? Zamknąłeś tego waszego skrzata w tej starej szafie, z której nie może się deportować? Znowu zaczarowałeś drzewo genealogiczne, żeby wszystkie twarze były twarzami Wybrańca?
— Ej, to akurat zrobił Nott, nie ja, a matka nie chciała mi uwierzyć!
— Scorp, przyznaj się.
— Ale ja naprawdę nic nie zrobiłem. Zwłaszcza czegokolwiek z twarzą Wybrańca. Zauważylibyście.
— Jasne, a twoi rodzice odprowadzili cię na peron, bo nie potrafili się z tobą rozstać.
— No... tak.
Imogen przeczesała palcami krótkie włosy i wzruszyła ramionami, najwyraźniej zmęczona użeraniem się ze Scorpiusem. Wywabiła z terrarium mniejszego pająka, który musiał być Faustyną i pozwoliła mu ukryć się za swoim uchem, skąd chwilę później uciekł na cienkiej nici pajęczyny i służył teraz młodej Hitt za kolczyk. Scorpius zerknął na Davida. Chłopak przez chwilę patrzył na tę scenkę z miną jasno mówiącą, że zawartość jego żołądka domaga się wolności, ale potem potrząsnął głową.
Scorpius wzruszył ramionami. Powinni się już przyzwyczaić, ale czasem było to dosyć trudne, bo Imogen traktowała te pajęczaki jak pełnoprawne zwierzątka domowe, jak koty czy sowy! Odwrócił wzrok w stroną okna i oparł policzek na dłoni zwiniętej w pięść. Miał teraz trochę inne zmartwienia. Czuł się tak, jakby ukryty zegarek wrzucił mu do żołądka kamień i regularnie go powiększał. Jak inaczej miał wyjaśnić to, że nie opuszczało go wrażenie, że przedmiot jest okropnie ciężki, jakby jego waga zwiększała się proporcjonalnie do poczucia winy „nowego właściciela”? Ale w sumie... czy on był zdolny do odczuwania czegoś takiego? Nie, to zbyt nieprawdopodobne nawet jak na niego. To nie zmieniało faktu, że zegarek musiał mieć jakąś moc magiczną. Inaczej nie mógł wytłumaczyć tego, że w pół miesiąca poczuł się tak od niego uzależniony. Innego słowa nie potrafił znaleźć, ale czuł, że nikt nie może zegarka zobaczyć, mimo że bardzo chciał się tą tajemnicą z kimś podzielić. Bał się też spróbować go jakoś uruchomić, bo to wiązało się z ryzykiem, że namierzy go Ministerstwo — to mógł być przedmiot czarnomagiczny, bo niby dlaczego nie był na sprzedaż? Ale z drugiej strony dlaczego w takim razie leżał na wystawie? „Do kuszenia takich idiotów”, podpowiedział gdzieś w mózgu życzliwy głos do złudzenia przypominający Notta. Scorpius poklepał się mocno po policzkach, próbując doprowadzić się do porządku. Musiał się skupić na życiu szkolnym.
Zerknął na Davida i Imogen. Kiedy wpatrywał się w okno, zdążyli postawić kufer McMillana pomiędzy siedzeniami, a na nim ułożyli chyboczącą się planszę do gry w szachy czarodziejów.
— Ale mów wyraźnie — burknął David. — Moje szachy nie rozumieją twojego szkockiego akcentu.
— Mam jeszcze moje w kufrze.
— Nie, bo wtedy na pewno będziesz oszukiwać. One z kolei rozumieją tylko ten twój bełkot.
Imogen trzepnęła go otwartą dłonią w ramię i skupiła się na grze. Scorpius czasem zastanawiał się jakim cudem należała do ich paczki. Tiara ledwo dotknęła jej głowy, od razu wykrzyknęła „Hufflepuff!”, mimo że matka Hitt była w Slytherinie, a ojciec w Ravenclawie. Możliwe, że włóczyła się z nimi dlatego, bo ona i David wychowywali się razem, niemal jak rodzeństwo przez przyjaźń ich rodziców, ale to było dosyć słabe wytłumaczenie. Scorpius w dzieciństwie bawił się z wieloma kolegami z domu, ale teraz nie mógł nazwać ich przyjaciółmi. Przykładem mogła być chociażby Alicia Zabini, uważająca Scorpiusa Malfoya za ostatniego kretyna. Kiedy mówiła do niego, patrzyła tak lekceważąco, jakby był przygłupim pierwszakiem. Na niego! Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nazwisko Malfoy liczyło się w świecie magicznym, dziadek Lucjusz snuł czasem niemal nieprawdopodobne historie o ich bogactwie i o tym, jak poważał ich Czarny Pan. Trochę kłóciło się to z tym, co mówili inni, ale z dziadkiem trzeba było się zgadzać, bo według ojca „na starość trochę zwariował”. Scorpius lubił wierzyć w wersję Lucjusza. Mimo to czuł się trochę tak, jakby to Nott przejął pałeczkę bycia liderem, zwłaszcza że odkąd został kapitanem, jego ego wzrosło do monstrualnych rozmiarów. Mógł sobie także pozwolić na najnowszą miotłę...
Scorius potrząsnął głową. To był tylko chwilowy kryzys. Na pewno. Wsadził dłonie do kieszeni marynarki, by niemal odruchowo sprawdzić, czy zegarek wciąż tam jest. Leżał sobie spokojnie na samym dnie. Może jednak powinien o nim powiedzieć? David i Imogen zupełnie go ignorowali, przerywając pełną napięcia ciszę komendami wypowiadanymi w stronę pionków. To był chyba odpowiedni moment. Byli tak skupieni na grze, że nie powinni wypytywać o szczegóły.
— Ej, słuchajcie, muszę wam coś...
Słowo „coś” zamieniło się w pełen przerażenia skrzek (krzykiem by tego nie nazwał), kiedy drzwi przedziału otworzyły się gwałtownie, do środka dostało się pełno dymu, a ciało Albusa Pottera zmiotło z kufra planszę. Przez chwilę nie było wiadomo, co się dzieje, dopiero kiedy Imogen rozpędziła dym, zobaczyli stojącego w progu Teodora Notta. Na czoło wyszła mu okropna żyła, a w dłoni dzierżył różdżkę. Na jego twarzy dostrzec można było tylko chłodną determinację i nawet David nie zarechotał głupio, a wpatrywał się jedynie z przerażeniem w Albusa. Ten przez chwilę przypominał trupa, a później zaniósł się tak okropnym kaszlem, że Scorpiusa przeszły ciarki.
— Albus?
Imogen z wahaniem odsunęła jak najdalej terrarium ze znajdującym się w środku Tobiaszem i nachyliła się nad Potterem. Z jej pomocą podniósł się i usiadł na kufrze, a jego mina wskazywała na to, że nie był już tak odważny, jak musiał być przed chwilą. Teodor nadal celował w niego różdżką, ale kiedy David wyciągnął swoją i machnął na niego ostrzegawczo, Nott schował swoją do kieszeni. Wyglądał tak, jakby ten ruch go otrzeźwił, nie przypominał już zimnokrwistego mordercy, a obudzonego z długiego snu Teda.
— Właź do środka, bo Walker na pewno wszystko słyszał i zaraz tu przylezie — warknął Scorpius.
Teodor nawet na niego nie spojrzał, ale zasunął drzwi przedziału i usiadł pomiędzy nim i Davidem. Albus nie zwrócił uwagi, że uciekł na miejsce obok terrarium, a pająk szykował się do heroicznego skoku z głowy Imogen prosto na jego ramię. Zapadła niezręczna cisza. Pięć osób było już tłumem, zwłaszcza gdy dwie trwały najwyraźniej w jakimś konflikcie. Scorpius zerknął na Pottera. Znał go już siedem lat, a jednak nigdy nie widział tak... wystraszonego. Nie kolegowali się co prawda, nie spędzali wspólnie wolnego czasu, właściwie to pierwszy raz jechali w jednym przedziale, ale dzielili dormitorium. Potrafił zauważyć, że Potter nie potrafi się zamknąć, nawet kiedy zdecydowanie powinien. Teraz wyglądał tak, jakby chciał wsiąknąć w swoje siedzenie i stać się niewidzialny. Możliwe jednak, że było to spowodowane szokiem. Musiał mocno uderzyć plecami o kufer.
— Dobra, Ted, co się dzieje? — W głosie Imogen słychać było lekkie poirytowanie.
Nott spojrzał na nią dopiero po chwili i prychnął.
— Potter nałgał swojemu ojcu, że jest kapitanem, mój myślał, że kłamałem, więc obaj napisali do dyrektora i zrobiła się afera, mój ojciec dzisiaj na peronie miał małą konfrontację z Wybrańcem i oczywiście znowu to my wyszliśmy na psycholi — powiedział w końcu. — Mówiłem ci, kupo smoczego łajna, że jeszcze raz coś zrobisz i cię wywalę.
— Z drużyny, nie z pociągu — warknęła Hitt.
Teodor posłał jej ostrzegawcze spojrzenie, ale zignorowała go i zwróciła się do Albusa:
— To było dosyć nierozsądne, wiesz o tym?
Potter spojrzał na nią tak, jakby jej nie poznawał. Zresztą, dosyć dziwne było to, że Imogen w ogóle się do niego odzywała. Nie lubili się za bardzo, może dlatego, że nie wstydziła się swoich powiązań z Waldenem Macnairem, a jednocześnie nie popierała tego, co on uważał kiedyś za święte. Po prostu było jej to obojętne i nie czuła się winna tego, że rodzina jej matki była wielopokoleniowym stadem psychopatów i morderców. Według wielu ludzi powinna ich głośno potępiać, ale nie widziała w tym najmniejszego sensu, skoro nawet ich nie znała. Wszyscy umarli albo gnili w Azkabanie. Jej obojętna postawa nie podobała się tym, którzy w procesie naprawiania świata uznawali, że wszyscy powinni myśleć tak samo, by uniknąć pojawienia się jednostek podobnych Voldemortowi. Oczywiście Potterowie tak nie sądzili, ale Albus był dosyć specyficzny, zwłaszcza że Tiara przydzieliła go do Slytherinu. Wszyscy wiedzieli, że nie chciał tam należeć. To zobowiązywało go do udowadniania, że nie wszyscy Ślizgoni mają coś z głową. Kiedy Puchonka przedstawiała cechy, które mu się nie podobały... to trochę mieszało w jego światopoglądzie.
Albus przez chwilę wyglądał tak, jakby próbował wymyślić jakąś odpowiedź, ostatecznie jednak zignorował Imogen i zwrócił się do Teda:
— Nie musiałeś mnie atakować od tyłu. Dobra, to było debilne, ale nie wiedziałem, że mój ojciec zacznie się tym chwalić. I nie możesz mnie za to wyrzucić.
— Masz rację, nie mogę — odparł Nott spokojnie. — Mogę przegrupować drużynę i zrobić wszystko, żebyś mógł jedynie popatrzyć na puchar, który wygramy w tym roku.
— Nie zrobisz tego.
— Możemy się założyć.
Z Albusa zniknął cały szok, wywołany zaklęciem rozbrajającym, które rzucił na niego Nott. Przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale jego różdżka prawdopodobnie leżała na korytarzu i nie mógłby się obronić, gdyby znowu zirytował Teda. Podniósł się, kopnął kufer Davida nadal leżący pośrodku przedziału i wyszedł, zasuwając za sobą drzwi tak gwałtownie, że aż zadrżały szyby w oknach. Teodor wyglądał tak, jakby już ochłonął, poprawił kołnierz okropnego, czarnego golfa i rozłożył się wygodniej, długie nogi opierając o siedzenie naprzeciw.
— Dziwne, że nie przyszedł jeszcze Walker — zwrócił uwagę David. — Powinien usłyszeć taki huk i już węszyć.
Scorpius wzdrygnął się. Benjamin Walker był ich kolegą z dormitorium. A raczej — „kolegą”. Aspirował do stanowiska prefekta naczelnego, które otrzymał jego największy rywal z Ravenclawu, więc można było się spodziewać tego, że będzie ich pilnował, by udowodnić wszystkim, że to jemu należy się najważniejsza odznaka świata. Typem był na pewno nieprzyjemnym, a w tylnej części ciała nosił monstrualnych rozmiarów kij. Oczywiście nie naprawdę, ale zachowywał się tak, jakby nie potrafił się przez to zgarbić.
— Daj spokój z tym kretynem. — Ted skrzywił się. — Gdzie Tyłkobłysk?
— Przestań tak na niego mówić! — warknęła Imogen, ale zareagował na to tylko śmiechem.
— Dwight przecież jest prefektem naczelnym, musi siedzieć w ich przedziale — powiedział David.
No tak, był jeszcze Dwight Pearson. Ich kilkuosobowa grupka byłaby niekompletna gdyby nie ultrahigieniczny Krukon, którego ojciec wymyślił rewolucyjny proszek do prania szat. Mianowicie, po posypaniu nim prały się same, a jeśli ktoś wydał więcej galeonów, czyściły rękawami także inne ubrania zgromadzone w wannie. Scorp uważał ten wynalazek za idiotyczny, bo przecież znano na to zaklęcia, ale czarodzieje uznali to za rewolucję i tak jak wcześniej mało kto o Pearsonach słyszał, tak teraz byli popularni. W Hogwarcie raczej się z tego śmiano, powstał pseudonim „Tyłkobłysk”, którego używali Ślizgoni, zwracając się do Dwighta. Prawdę mówiąc, w tym momencie Scorpius cieszył się, że go z nimi nie ma. Ted nie miał humoru, posprzeczał się już z Potterem, a robienie przykrości Prefektowi Naczelnemu pierwszego dnia jego kadencji nie było zbyt rozsądne. Nawet jeśli znali się tak długo.
Scorpius westchnął. Na tapetę wszedł nowy temat i nie mógł już wspomnieć o tym zegarku. Zresztą, nie chciał tego robić przy Teodorze. Zaraz posypałyby się głupie komentarze. Trzeba było udawać, że wszystko jest po staremu.
— Benio musi być wściekły — odezwał się w końcu.
— Nie mów na niego „Benio” — burknął Ted. — Co ty, ciepły jesteś?
— Sam tak na niego mówiłeś w zeszłym roku.
— Bo tak było na tej jego walentynce. „Beniu, ty nawet nie wiesz o moim istnieniu” I ta harfa dla ubogich. Może to ty mu ją wysłałeś, Malfoy?
Scorp nie odpowiedział. Teodor Nott był ostatnim chamem, zwłaszcza kiedy próbował do końca ochłonąć po czymś, co go rozdrażniło. Niestety, był też cholerykiem, co wykluczało dłuższe przerwy w docinaniu Scorpiusowi na każdym kroku. W takich chwilach Malfoyowi kończyły się pomysły tego, co mógłby mu odpowiedzieć, mimo że planował to całe wakacje. A przecież musiał być miły, skoro chciał jeszcze pograć dla domowej drużyny. Zostało mu tylko ćwiczenie cierpliwości.

Jakieś półtorej godziny, pięć głupich żartów i dwie rozgrywki szachów czarodziejów później, pociąg wjechał na stację w Hogsmeade. Teodor już dawno wyszedł do swojego przedziału, bo niby przypadkiem wcześniej nie poczekał na nich, nie chcąc dyskutować z ojcem i wolne miejsce znalazł jedynie tam, gdzie była Alicia Zabini. Oczywiście poinformował o tym Scorpiusa dopiero w momencie, kiedy zapanowała nareszcie atmosfera spokoju. Musiał ją zepsuć na sam koniec, okraszając to uśmiechem złośliwego trolla. Najgorzej, że nie przypominał trolla. To, że Alicia zaprosiła go do przedziału, który zajęła ze swoimi znajomymi, było o wiele bardziej prawdopodobne niż gdyby zaprosiła tam Malfoya. Scorpius przeklinał Notta w myślach.
— Dogonię was — burknął do przyjaciół, czekających na niego cierpliwie, po raz kolejny.
Imogen i David wymienili się spojrzeniami, ale w końcu wyszli, obiecując, że zajmą mu miejsce w powozie. Nie słuchał ich. Musiał schować zegarek w kufrze. Nie mógł go mieć przy sobie cały czas, powstawało ryzyko, że wypadnie mu gdzieś w drodze do szkoły albo w Wielkiej Sali. Otworzył kufer i wsadził przedmiot między ubrania, a potem jeszcze je przyklepał, jakby to miało mu pomóc w zapadnięciu się zegarka jeszcze niżej.
Z pociągu wyszedł ostatni, prosto w ścianę ulewnego deszczu.

David wraz z Imogen ustąpili miejsca co najmniej dziesięciu osobom, nim Alicia Zabini wręcz siłą wepchnęła ich do powozu, który zajęła z Nottem i swoją koleżanką. Scorpiusa nie widać było na horyzoncie, a dziewczynie trudno było odmówić, zwłaszcza że powoli zaczynało kropić. Imogen postawiła sobie terrarium na kolanach, ale David i tak ledwo wcisnął się na siedzenie obok niej. Uśmiechnęła się do niego przepraszająco — zawsze znajdowali sobie ze Scorpem powóz, by mogła zająć jedną stronę sama razem z pająkami. Teraz nie mogła skazywać Davida na gnieżdżenie się z trzema innymi osobami na wąskich siedzeniach.
Alicia Zabini przez chwilę patrzyła dosyć krytycznie na jej terrarium, ale kiedy spojrzała w twarz Imogen, jej twarz rozświetlił uśmiech.
— Zmieniłaś fryzurę, co? — zagadnęła miło, bez cienia złośliwości.
Hitt przez chwilę mrugała tylko oczami, a później odwzajemniła uśmiech Ślizgonki i pokiwała głową. David zmarszczył brwi i spojrzał przyjaciółkę. Nawet nie zauważył, że coś zmieniała, dla niego wyglądała tak samo jak przez całe wakacje.
— To mały eksperyment mojej mamy. Trochę ubolewa, że nie mam takiej szopy na głowie jak ona. Ucieszyła się tylko, że chociaż przez chwilę pobędę blondynką.
— Twoja mama ma piękne włosy, Imogen. Co nie, Heather? — Alicia spojrzała na swoją koleżankę, a ta natychmiast pokiwała głową. — Jak wywiesili w gablocie zdjęcia drużyn quidditcha sprzed wojny, to właśnie rzuciło mi się w oczy. I jeszcze twój ojciec — zwróciła się do Davida — jesteś do niego bardzo podobny.
W odpowiedzi wzruszył ramionami. Gabriel McMillan był chyba największym buntownikiem tamtych czasów, jego najlepszy kumpel dziergał mu różdżką tatuaże, co spotykało się z dezaprobatą chyba każdego, prócz uczniów. I matki Davida. Lyra Nott przy wszystkich twierdziła, że woli rękawy babcinych swetrów, niż te zrobione z jakichś bazgrołów. Ojciec ubolewał, że David nie wdał się bardziej w niego, ale już wystarczyło, że chłopak mógłby grać szpilkę od Madame Malkin w szkolnym przedstawieniu. Tylko pod tym kątem widział podobieństwo. Był bardziej myszą niż kolorową papugą.
— Zabini, przestań wszystkim słodzić — burknął Ted, psując miłą atmosferę. — Siejesz jakąś propagandę, zaraz zaczną za tobą powtarzać, że Scorp cuchnie.
— Sam cuchniesz — warknęła Alicia, odgarniając gwałtownie włosy z lewego ramienia na prawe; nie zwróciła nawet uwagi, że niemal znokautowała nimi Heather. — Malfoy też. Obaj jesteście siebie warci. Chciałam porozmawiać, nie wolno mi?
— Wolno. Ale walenie popisówy przed Imogen to nie jest rozmowa.
— Zaraz ja ciebie walnę.
— Tylko spróbuj, to będziesz oglądała boisko do quidditcha z trybun.
Zabini już dzierżyła różdżkę w dłoni, kiedy powóz gwałtownie się zatrzymał i jego drzwi się otworzyły. Trzeba było wysiadać. Ślizgonka zmrużyła oczy, a potem, niczym magicznie przywołany, na jej twarz wrócił uśmiech. Przepuściła Imogen przodem, a później sama wysiadła, starając się przy tym pokazać Nottowi, że nic ją nie obchodzą jego docinki. Ted jednak wiedział swoje i dało się to zauważyć na jego twarzy. David przestał o tym myśleć w momencie, kiedy sam wydostał się na zewnątrz, a w nos uderzyły go dwie ogromne krople deszczu. Dzielnie jednak poczekał na Scorpa i kiedy ten do niego dołączył, nadal dziwnie nie w humorze, ruszyli razem w stronę szkoły. Davida niepokoiło trochę zachowanie przyjaciela. Zazwyczaj aż nazbyt gadatliwy, tym razem odzywał się tylko wtedy, kiedy musiał. McMillan nie chciał jednak wypytywać go przy wszystkich, poza tym kiedy tylko wkroczyli do Wielkiej Sali, porwał ich szum głosów witających się ze sobą znajomych.
Uciszyło ich dopiero głośne chrząknięcie od strony stołu nauczycieli. To dyrektor dał znak, że czas rozpocząć ucztę. Sprawował władzę od czwartego roku nauki Davida i był przede wszystkim wielki. Pembroke Honeybourne miał wielkie bary, ogromny brzuch i zadziwiająco długie nogi, co ukrywał za czarną szatą z czerwonymi akcentami. Twarz miał pulchną i miłą, a dopełniała tego rudawa, długa broda. Według niektórych nie nadawał się na dyrektora, ale już wiele razy udowodnił, że potrafi być surowy i rządzić twardo całym zamkiem. Nie katował uczniów długimi przemowami, bo jego samego nie bawiło prowadzenie monologu przed tłumem wygłodniałych dzieciaków. Wprowadził jednak listę zakazów, włącznie ze znanym już wszystkim zakazem wstępu do Zakazanego Lasu.
I tak nikt go nie przestrzegał, bo nowy gajowy, każący mówić do siebie Ed, nawet to ułatwiał, udając, że nie widzi przemykających uczniów, z jednym zastrzeżeniem — co złego, to nie on. Pewnie dlatego nie dostał posady nauczyciela zielarstwa, ku rozczarowaniu większości uczennic. To nie to, że miał talent, cóż, miał twarz. I tatuaże. To wystarczyło damskiej części zamku, by często go odwiedzać. Ed narzekał na system i machał brązową grzywą włosów albo grał na gitarze — Longbottom, który podobno się wyrobił od czasów szkolnych, nie był tak... zajmujący.
To właśnie jego brak zauważył David, siadając pomiędzy Tedem i Scorpiusem przy stole Ślizgonów. Dyrektor rozpoczął swoją przemowę, a chłopcy rozglądali się za nowym nauczycielem. Bezskutecznie.
— Chyba Ed jednak dostał posadę — mruknął Nott, poprawiając krawat, który Imogen pomogła mu zawiązać trochę zbyt mocno.
— Albo jakaś baba.
— Albo nikt, nie będę musiał na to chodzić — burknął Malfoy.
David zaśmiał się cicho. Ktokolwiek miał w tym roku dołączyć do grona pedagogicznego, lepiej by zrobił, gdyby uczył Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami albo Historii Magii — tego nie wybrał żaden z nich, nawet Dwight.
— Z przykrością muszę was zawiadomić, że profesor Longbottom w tym roku nie będzie uczył w naszej szkole zielarstwa — zagrzmiał Honeybourne, a w Wielkiej Sali zapadła cisza, nawet Scorpius z nikim się nie wykłócał. — Jego miejsce zajmie szanowany profesor z Instytutu Magii Durmstrang, Cyryl Iwanowicz!
Rozległy się nieco niemrawe oklaski, kiedy bocznym wejściem do sali wkroczył wysoki jegomość w zgniłozielonej szacie. Długie, ciemne włosy zakrywały jego twarz, gdy pospiesznie zmierzał do miejsca zajmowanego zawsze przez ówczesnego profesora, ale kiedy machnął nimi i przebiegł spojrzeniem po sali, David z rozczarowaniem stwierdził, że facet wygląda całkowicie zwyczajnie. Takie zdanie miała chyba większość uczniów, bo przestała zwracać na niego uwagę, kiedy rozpoczęła się Ceremonia Przydziału.
— Wygląda jak baba, wiszę ci pięć galeonów, Malfoy. — Kiedy Nott nachylił się do kolegów, uśmiechał się złośliwie.
— Zobaczymy, jak cię obleje, Ted — stwierdziła Alicia siedząca naprzeciw nich. — Ojciec mi mówił, że strasznie poważnie traktuje to całe zielsko, dlatego tak długo go trzymali w Durmstrangu. Zna się na trujących roślinach. No, i jest Ruskiem.
— A niby skąd twój ojciec to wie? — spytał Malfoy z powątpiewaniem, zerkając na tego całego Iwanowicza.
— Nie interesuj się. Bardziej martw się o to, żebyś w ogóle zdał — odpowiedziała.
Scorpius wyglądał, jakby chciał już jej coś odparować, ale wtedy dyrektor znów zabrał głos i chwilę później rozpoczęła się uczta. Jedzenie wygrało z chęcią kłótni z wredną koleżanką — wszystko przegrywało w przedbiegach z puddingiem, który Malfoy zamierzał zjeść sam, już siódmy raz z rzędu.
David, o dziwo, w ogóle nie czuł się głodny. Słodycze od kolegów jeszcze zalegały mu na żołądku, możliwe też, że była to wina przygody w pociągu. Popijał jedynie sok dyniowy, słuchając rozmowy Teda z Alicią. Wykłócali się o jakiś mecz quidditcha z poprzedniego roku, podczas którego odniosła kontuzję. Stwierdziła, że to przez Notta i dlatego nie ona została kapitanem. Odgarnęła z twarzy czarne włosy i uśmiechnęła się do Davida lekko, po czym wróciła do kłótni. Miała ciemny kolor skóry po swoim ojcu, ale chyba właśnie to sprawiało, że jej urodę można było nazwać wyjątkową. Ciemnobrązowymi oczami gromiła wszystkich niezgadzających się z jej zdaniem (zwłaszcza Malfoya), a z pełnych ust częściej padały uszczypliwości, niż komplementy. Mimo to była dosyć popularna, może dlatego, bo jako szukająca Ślizgonów, już trzeci rok z rzędu zamierzała pomóc swojej drużynie sięgnąć po Puchar Quidditcha.
Odwzajemnił uśmiech. To dziwne, ale właśnie poczuł się tak, jakby wrócił do domu.

Powrót do dormitorium był jak zbawienie, zwłaszcza że Scorp musiał koniecznie spróbować wszystkiego, bo nie jadł śniadania i wolał napchać się na zaś, żeby burczenie brzucha nie obudziło go w nocy. Kiedy w końcu tam dotarli, Benjamin Walker zdążył już schować się za kotarą łóżka na końcu pomieszczenia. Zaklepał sobie je już w pierwszej klasie, bo znajdowało się najbliżej łazienki, a on zazwyczaj siedział tam najdłużej. Albus wyszczerzył się do nich, wskazując głową na łóżko Bena. David był trochę zdziwiony, że Potter tak szybko dotarł do dormitorium, ale nie zastanawiał się nad tym długo — był zmęczony.
— Pewnie chowa bazyliszka w kufrze — sarknął Ted, rzucając się na swoje łóżko i zarechotał głośno, kiedy głowa Bena wychyliła się zza zielonego materiału i chłopak posłał mu ostrzegawcze spojrzenie.
— Albo nie jesteśmy godni patrzyć na odznakę — dopowiedział Albus, niezbyt przejęty tym, że kolega prefekt na pewno sobie to zapamięta. Aż dziwne było, że odzywał się do Notta, ale to mogło świadczyć jedynie o ciszy przed burzą.
Malfoy zarechotał. Przysiadł na brzegu swojego łóżka i beknął głośno. Teodor spojrzał na niego z obrzydzeniem, ale w odpowiedzi Scorp jedynie poklepał się po brzuchu. Był właśnie najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, bo rodzice mogli mu zawracać głowę tylko listownie, a skrzaty robiły najlepsze jedzenie na świecie. A, no i zjadł cały pudding. Spełnił wszystkie swoje marzenia. Wyglądało na to, że zły humor z podróży pociągiem zniknął bezpowrotnie.
David uśmiechnął się pod nosem i otworzył swój kufer. Bałagan nieco go przerażał, ale piżama znajdowała się tuż pod miotłą, więc jak na razie nie musiał wyrzucać wszystkiego. Zatrzasnął wieko i kucnął, by wsunąć skrzynię pod łóżko, a kiedy to zrobił, opadł w końcu na łóżko, rozprostowując kolana. Nie musiał patrzyć, żeby widzieć jak Nott krzywi się, kiedy jego kości wydały charakterystyczne strzyknięcie. Zawsze reagował na to obrzydzeniem, a McMillana niezmiennie od kilku lat bawiło irytowanie kumpla w ten sposób.
Kiedy jednak uniósł w końcu głowę, okazało się, że Teodor nie zwrócił na niego uwagi. Wstał ze swojego miejsca i podszedł do kufra Malfoya, który ten od niechcenia otworzył, by wyjąć piżamę i zniknął w łazience. Nott schylił się i podniósł przedmiot, który w blasku ognia z pieca zabłyszczał niepokojąco. David zwlekł się z łóżka i podszedł do niego. Tym, co zwróciło uwagę Teda, był złoty zegarek, pozornie zwyczajny, ale gdy spojrzało się uważniej, wskazówki okazały się smokami.
— Co to? — spytał głupio.
Nott spojrzał na niego jak na idiotę.
— Przecież widzisz, że zegarek.
David posłał mu urażone spojrzenie, ale Ted nie zwracał na niego uwagi, bo oglądał teraz zegarek ze wszystkich stron, jakby szukał w nim ukrytego przycisku albo pułapki dla ciekawskich. Nic takiego jednak nie znalazł, a bał się chyba cokolwiek wciskać, więc stali i wpatrywali się w poruszające się leniwie smoki. Trudno było określić, co tak właściwie jest pociągającego w pozornie zwykłym zegarku, ale David nie mógł machnąć ręką i pozwolić Nottowi samemu dumać nad godziną. Dopiero warknięcie Scorpiusa wyrwało ich z tego transu:
— Pozwoliłem wam grzebać w moich rzeczach?
Zabrał Tedowi zegarek i schował go do kieszeni spodni od piżamy, a potem posłał im wściekłe spojrzenie.
— Leżało na wierzchu — odparł spokojnie Nott. — Skąd to masz? Nie stać cię na to.
— A ty skąd to niby wiesz?
— Wszyscy wiedzą, że Malfoyowie nie mają pieniędzy — odezwał się Benjamin zza zasuniętej kotary; zupełnie zapomnieli o jego obecności. — Ojciec mi mówił, że macie potworne długi u Gringotta. To prawda, że nie było was na ostatniej imprezie u Zabinich, bo po prostu was nie zaprosili? W sumie wstyd zapraszać kogoś, kogo nie stać na nową szatę wyjściową...
Policzki Scorpiusa przybrały odcień dojrzałego pomidora, ale nie spuścił wzroku i nie schował się pod kołdrą, jak zrobiłby to zapewne Dwight. Wyprostował się i rzucił w stronę Walkera:
— Idź polerować swoją odznakę, lizusie.
Później zwrócił się do Teda i Davida:
— A wy zajmijcie się sobą, bo też nie jesteście po wojnie jacyś bardzo bogaci. Nie tylko mój ojciec był śmierciożercą, ale jakoś wszyscy — tu spojrzał znacząco na Notta — zdają się o tym zapominać. Dostałem ten zegarek od dziadka. Dobranoc.
Położył się i zasunął gwałtownie kotarę, o mało nie zrzucając jej na podłogę. Ted i David wymienili powątpiewające spojrzenia. Jakoś trudno było im uwierzyć w ten prezent od spłukanego Lucjusza, ale woleli nie drążyć. Wściekły Scorpius był gotowy nawet na to, żeby złamać któremuś z nich nos. Jakoś lubili swoje nosy.

3 komentarze:

  1. Uszanowanko, trafiłam kiedyś na Twoje opowiadanie i przeczytałam to, co do tej pory napisałaś, i zaglądam tu co jakiś czas, żeby sprawdzić, czy może pojawił się już kolejny rozdział, i jeśli nie masz zamiaru dalej tworzyć, bo wydaje Ci się, że nikt tego nie czyta, to jesteś w błędzie. To, czym urzekłaś mnie na samym początku, to stosowanie zasad interpunkcji i ortografii. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, jak trudno jest trafić na potterowski fanfik, w którym apostrofy są powstawiane poprawnie. Poza tym piszesz z sensem. Może to dlatego, że główny bohater jest chłopakiem i coś się dzieje. Nie stosujesz powtarzających się popieprzonych opisów w stylu Stephenie Meyer i w ogóle daleko Ci do poziomu "Zmierzchu". Twoi bohaterowie są bardzo realni, zważywszy na fakt, że to czarodzieje. No i piszesz zgodnie z kanonem - może nie jest to wyznacznikiem dobrego fanfiku, ale mnie osobiście odrzucają jakiekolwiek odstępstwa od Ksiąg Objawionych. Dodam jeszcze, że wychodzi Ci bycie zabawną w opowiadaniu oraz że doceniam estetyczny wygląd bloga. Mam nadzieję, że nie porzucisz tego opowiadania ani pisania w ogóle, o ile cały czas będzie Ci to sprawiać przyjemność. Będę wpadać i sprawdzać. Buziolki.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Beniu, ty nawet nie wiesz o moim istnieniu" <3

    Super, że na Time Witness pojawił się nowy rozdział! Czekałam od niego od maja. Dziś zaglądnęłam tu tak od niechcenia, i proszę - niespodzianka.

    Bardzo lubię klimat Twojego opowiadania. Czuć tu młodzieżowo-buntownicze klimaty, ale nie brakuje też tej typowej potterowskiej magii z pierwszego tomu. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to do tego, że w tym rozdziale mamy jakby za dużo dialogów, z których w zasadzie nic większego nie wynika i które, zdaje się, niczemu większemu nie służą. Możemy oczywiście dzięki nim lepiej poznać bohaterów pobocznych i samego Scorpiusa, ale brakowało mi tu jednak jakiegoś konkretu - jakiegoś zalążka tajemnicy, zapowiedzi wydarzeń, tzw. strzelby Czechowa - zwłaszcza, że te rozmowy zajmują większość rozdziału.

    Na szczęście na koniec pojawiło się troszkę więcej konkretów, mamy urlop Longbottoma i jego nowego tajemniczego zastępcę. Cyryl Iwanowicz z tą swoją zwyczajnością na pierwszy rzut oka kojarzy mi się trochę z Remusem Lupinem. Swoją drogą jest tak zwyczajny, że nawet imię i nazwisko ma bardzo pospolite - ciekawe, czy to celowy zabieg ;)

    Życzę weny i z niecierpliwością czekam na dalsze rozdziały.

    OdpowiedzUsuń